Wypłynęliśmy z portu o 8 rano. Do pokonania mieliśmy około 80 kilometrów, celem była zewnętrzna krawędź Wielkiej Rafy Koralowej. Łódka, którą płynęliśmy była przystosowana do tego typu rejsów - kajuty z miejscami dla ponad 30 osób, pokład z cały sprzętem nurkowym, kompresor do napełniania butli powietrzem, kuchnia z zapasem jedzenia i picia na 3 dni, duża sala, która służyła za salon, jadalnie i miejsce prowadzenia wykładów teoretycznych. Na łódce było nas ponad 20 osób, w tym sześcioro członków załogi. Większość uczestników rejsu to kursanci, którzy mieli się właśnie po raz pierwszy w życiu zanurzyć w pełnym sprzęcie pod wodę. Pozostałe kilka osób to certyfikowani nurkowie, ja byłem jedyną osobą robiącą kurs AOWD. Przez trzy kolejne dni mieliśmy odbyć 11 nurkowań, z czego 5 dla mnie miały być nurkowaniami szkoleniowymi.
Dopłynięcie do krawędzi rafy, gdzie mieliśmy zanurkować po raz pierwszy zajęło nam 4 godziny i było bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem. Region Cairns był przez ostatnie kilka dni nawiedzany przez burze i choć pogoda się uspokajała, to jednak wiatr jeszcze dmuchał z szybkością około 25-30 węzłów (ok. 50 km/h). Łódź bujała się więc bardzo mocno po falach, starając się je przecinać w drodze do swojego celu. Dosyć szybko kolejni pasażerowie wychodzili na tylny pokład i wpatrywali się w horyzont starając się opanować chorobę morską. Część ludzi choroba dotknęła bardzo mocno, pozostałym udało się opanować nudności, choć zwykle wymagało to wejścia w swoisty stan medytacji i przeczekania całego rejsu w jednej pozycji na pokładzie, ograniczając jakąkolwiek aktywność. Po 4 godzinach dotarliśmy na miejsce i łódka, przycumowana do boi nieco się uspokoiła. Przyszedł czas na to, na co wszyscy czekali, nurkowanie.
Przez trzy dni pobytu na łodzi wykonaliśmy 11 nurkowań - po 4 pierwszego i drugiego a 3 ostatniego dnia. Po raz pierwszy w życiu nurkowałem zupełnie bez przewodnika, tylko w ramach swojego "buddy teamu". Wszyscy certyfikowani nurkowie na łodzi podróżowali w parach, więc przyłączyłem się do Marii i Sepha, pary bardzo sympatycznych Kanadyjczyków. Seph był w Australii już od ponad roku, na zmianę pracował na farmach i podróżował, Maria dołączyła do niego na kilka miesięcy i za parę tygodni miała wrócić do Kanady. Nurkowanie bez prowadzącego grupę divemastera nie różni się z jednej strony tak bardzo od nurkowania z nim. Jeżeli jest się w miarę doświadczonym i opanowanym pod wodą, to po prostu płynie się oglądając kolejne korale i ryby. Problem pojawia się, kiedy trzeba wrócić do łódki. Do tego trzeba opanować sztukę podwodnej nawigacji, która wymaga pewnego doświadczenia i ćwiczeń. Alternatywą do dobrej nawigacji jest umiejętność przepłynięcia kilkudziesięciu lub kilkuset metrów na powierzchni po zakończeniu nurka, kiedy okazuje się, że łódka nie jest do końca w tym miejscu, w którym się jej spodziewaliśmy.
Z niechęcią muszę przyznać, że nurkowania w Australii nie należały do najbardziej spektakularnych w moim życiu. Uwielbiam nurkować i każda możliwość przebywania pod wodą i doświadczania świata w taki sposób sprawia mi radość i satysfakcję, ale z punktu widzenia tego, co pod wodą można zobaczyć Wielka Rafa nie zrobiła na mnie Wielkiego Wrażenia. Głównym problemem przez pierwsze dni była bardzo słaba widoczność. Fale, które umilały nam podróż łódką w kierunku rafy, wzburzyły dno i ograniczyły ją raptem do kilku metrów. Dla mnie, przyzwyczajonego do przejrzystej wody Morza Czerwonego lub Karaibów było to lekkim szokiem. Wraz z uspakajającym się wiatrem poprawiała się także widoczność i na koniec mojego nurkowania na tym kontynencie osiągnęła już poziom ponad 20 metrów, jednak nie pozwoliło to Australii wyprzedzić innych krajów w moim rankingu najlepszych miejsc nurkowych.
Trochę narzekam na australijską rafę, ale nie oznacza to, że nurkowanie tam jest pozbawione wszelkich wrażeń. Jednym z najbardziej niesamowitych momentów w mojej karierze nurka było spotkanie z dwumetrowej długości żółwiem w trakcie jednego z nocnych nurkowań. Żółw miał na imię Brian i przed zejściem pod wodę zostaliśmy poinstruowani, gdzie go szukać. Płynąc w ciemności i oświetlając sobie drogę latarką natrafiłem na całkiem sporą i dosyć ciekawą rybę, która z nieznanych mi przyczyn leżała na kamieniu na boku i się nie ruszała. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się tej dziwnej rybie okazało się, że jest to prawa przednia łapa Briana! Brian był naprawdę gigantyczny, spał sobie spokojnie pod półką skalną i nie przejmował się trójką dziwnie ubranych stworzeń wypuszczających masę bąbelków i zaburzających ciemność nocy.
Trzydniowy rejs nurkowy, który czasem przyjmuje nazwę nurkowego safari to bardzo ciekawe doświadczenie. Rytm życia układa się pod dyktando nurkowań. Pobudka o 5.30 tak, aby najpóźniej o 6 być już pod wodą. O tej porze ryby są jeszcze dosyć aktywne po nocnym żerowaniu i te, które prowadzą nocny tryb życia nie zdążyły się jeszcze poukrywać. Wyjście z wody, śniadanie, odpoczynek i koło 11 kolejne nurkowanie. Wkładamy piankę, która przez te 3 godziny nie zdążyła się jeszcze dobrze wysuszyć i schodzimy pod wodę. Po drugim nurkowaniu zaczynamy czuć lekkie zmęczenie. Organizm ludzki nie jest przystosowany do życia pod wodą, do podlegania tak wysokiemu ciśnieniu i oddychania sprzężonym powietrzem. 3 godziny przerwy nie wystarczą do tego, aby cały zgromadzony w tkankach azot wydostał się przez płuca na zewnątrz organizmu. Po drugim nurkowaniu czuje się już zmęczenie. Kolejne 3 godziny przerwy, które cechuje już mniejsza aktywność niż rano. W trakcie tej przerwy jemy lunch. Po południu ubieramy się ponownie w cały sprzęt i idziemy nurkować, już trzeci raz w ciągu dnia. Wychodzimy po godzinie i niewiele mówiąc udajemy się na kolejną przerwę. Następne godziny przepływają już w swoistym letargu, drzemce w pozycji siedzącej z głową zwisającą nad stołem. Po 20 przygotowujemy się do ostatniego tego dnia, tym razem nocnego nurkowania. O tej porze wieje już solidny wiatr i wkładanie pianki, które nie miały szansy w ciągu dnia wyschnąć robi się naprawdę nieprzyjemne. Jedyny motywujący element tych przygotowań jest taki, że wiemy doskonale, że o tej porze pod wodą jest znacznie cieplej i przyjemniej niż na pokładzie, więc chcemy jak najszybciej do niej zejść. Wychodzimy po niecałej godzinie, przebieramy się i praktycznie bez słowa idziemy spać. Organizm nie ma siły na nic innego, oczekuje tylko porządnego odpoczynku. Następnego dnia o 6 rano przecież znowu będzie poddawany tym przyjemnym torturom.
Safari na krawędzi Wielkiej Rafy było bardzo fajnym przeżyciem. Doświadczyłem zupełnie innego rytmu dnia, poświęconego tylko jednemu celowi - nurkowaniu. W Australii byłem jeszcze przez kilka dni. Po safari zrobiłem sobie dzień przerwy od podwodnych przygód, po czym jeszcze przez 3 dni wypływałem na jednodniowe rejsy nurkowe. W głowie wtedy miałem już jednak tylko jedną myśl - nurkowanie będzie moim życiem przez kolejny miesiąc. Zdecydowałem się ostatecznie zrobić kurs na divemastera na Bali. Wybrałem szkołę nurkową - Blue Season Bali w miejscowości Sanur, potwierdziłem z nimi mój przylot i z niecierpliwością czekałem na to doświadczenie. Miałem podnieść znacznie swoje umiejętności i jednocześnie zobaczyć, jak wygląda życie zawodowego nurka od kuchni. Kto wie, może właśnie zaczynałem nową ścieżkę kariery.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 8 lipca 2011
czwartek, 30 czerwca 2011
Przygotowania do nurków
Po przylocie do Cairns znalazłem miejsce w hostelu przy Waterfroncie (taka nadmorska promenada) i od razu zacząłem realizować mój cel - poszedłem szukać bazy nurkowej, z którą spędzę kilka kolejnych dni.
Dosyć szybko okazało się, że znalezienie odpowiedniej oferty nie będzie problemem - w Cairns działały dziesiątki baz gotowych spełnić najskrytsze podwodne marzenia. Miałem upatrzonych kilka firm, które cieszyły się bardzo dobrą reputacją, pozostało tylko dokonać wyboru. Wiedziałem, że na nurkowaniu chcę spędzić praktycznie cały kolejny tydzień. Pierwotnie planowałem wybierać się na jednodniowe wypady na krawędź rafy (najlepsze miejsca są właśnie na krawędzi rafy, oddalone od brzegu o około 70-80 km), jednak przeglądając oferty w agencji turystycznej zacząłem rozważać wypłynięcie na tzw. liveaboard, czyli kilkudniowy rejs z noclegami na łodzi. O dziwo liveaboard okazał się być korzystniejszy cenowo od wyjazdów codziennych i choć za nurki w Australii trzeba naprawdę słono płacić ostatecznie wybrałem właśnie 3 dni na oceanie z Pro Dive Cairns.
Szukając odpowiedniej oferty bazy nurkowej zacząłem także rozważać podniesienie swoich kwalifikacji i zrobienie zaawansowanego kursu nurkowego. W tym obszarze istniał pewien drobny problem, który musiałem rozwiązać. Otóż do momentu mojego przyjazdu do Australii byłem nurkiem certyfikowanym przez CMAS,organizację założoną we Francji i dosyć popularną w Europie. Jakość kształcenia CMAS jest oceniana dosyć wysoko, jednak problem z tą organizacją jest taki, że ciężko się w jej ramach certyfikować poza Europą. Co innego PADI, najpopularniejsza chyba organizacja nurkowa na świecie, która w każdym zakątku ma swoje bazy i swoich instruktorów. Ci, którzy nurkują wiedzą, że między zwolennikami CMAS i PADI toczy się odwieczna kłótnia, podobna do dyskusji o wyższości szkoły otwockiej nad falenicką. Będąc w Australii nie miałem jednak większego wyboru - jeżeli chciałem podnieść swój poziom certyfikacji, to musiałem to zrobić w ramach PADI. Potwierdziłem zatem z bazą, że uznają mój pierwszy poziom certyfikacji CMAS i pozwolą mi od razu robić AOWD (Advanced Open Water Diver) i zarezerwowałem kurs, który miałem przebyć w trakcie trzydniowego liveabordu. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że własnie rozpoczynam okres bardzo intensywnego szkolenia nurkowego, które półtora miesiąca później skończy się na Bali zdobyciem stopnia Divemastera.
Dosyć szybko okazało się, że znalezienie odpowiedniej oferty nie będzie problemem - w Cairns działały dziesiątki baz gotowych spełnić najskrytsze podwodne marzenia. Miałem upatrzonych kilka firm, które cieszyły się bardzo dobrą reputacją, pozostało tylko dokonać wyboru. Wiedziałem, że na nurkowaniu chcę spędzić praktycznie cały kolejny tydzień. Pierwotnie planowałem wybierać się na jednodniowe wypady na krawędź rafy (najlepsze miejsca są właśnie na krawędzi rafy, oddalone od brzegu o około 70-80 km), jednak przeglądając oferty w agencji turystycznej zacząłem rozważać wypłynięcie na tzw. liveaboard, czyli kilkudniowy rejs z noclegami na łodzi. O dziwo liveaboard okazał się być korzystniejszy cenowo od wyjazdów codziennych i choć za nurki w Australii trzeba naprawdę słono płacić ostatecznie wybrałem właśnie 3 dni na oceanie z Pro Dive Cairns.
Szukając odpowiedniej oferty bazy nurkowej zacząłem także rozważać podniesienie swoich kwalifikacji i zrobienie zaawansowanego kursu nurkowego. W tym obszarze istniał pewien drobny problem, który musiałem rozwiązać. Otóż do momentu mojego przyjazdu do Australii byłem nurkiem certyfikowanym przez CMAS,organizację założoną we Francji i dosyć popularną w Europie. Jakość kształcenia CMAS jest oceniana dosyć wysoko, jednak problem z tą organizacją jest taki, że ciężko się w jej ramach certyfikować poza Europą. Co innego PADI, najpopularniejsza chyba organizacja nurkowa na świecie, która w każdym zakątku ma swoje bazy i swoich instruktorów. Ci, którzy nurkują wiedzą, że między zwolennikami CMAS i PADI toczy się odwieczna kłótnia, podobna do dyskusji o wyższości szkoły otwockiej nad falenicką. Będąc w Australii nie miałem jednak większego wyboru - jeżeli chciałem podnieść swój poziom certyfikacji, to musiałem to zrobić w ramach PADI. Potwierdziłem zatem z bazą, że uznają mój pierwszy poziom certyfikacji CMAS i pozwolą mi od razu robić AOWD (Advanced Open Water Diver) i zarezerwowałem kurs, który miałem przebyć w trakcie trzydniowego liveabordu. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że własnie rozpoczynam okres bardzo intensywnego szkolenia nurkowego, które półtora miesiąca później skończy się na Bali zdobyciem stopnia Divemastera.
środa, 29 czerwca 2011
Australia - nie tylko przelotem
Po kilku godzinach lotu z Christchurch wylądowałem w Brisbane w Australii. To kolejny kraj i jednocześnie kontynent na mojej trasie. Pierwotnie planowałem tam spędzić około miesiąca, zwiedzając ten wielki kraj i nurkując na Wielkiej Rafie Koralowej. W trakcie podróży jednak mój budżet kurczył się w szybszym od założonego tempie, więc i Australia, która jest krajem drogim, wypadła z mojej trasy. Nie ukrywam, że szkoda mi było z pobytu tam zrezygnować, szczególnie, że naprawdę chciałem doświadczyć nurkowania na największej rafie na kuli ziemskiej. Ostatecznie zdecydowałem jednak, że tym razem nie mogę sobie pozwolić na długi pobyt. Australia miała być tylko jednodniowym przystankiem na drodze do Indonezji. Następnego ranka miałem wsiąść do samolotu lecącego na Bali. Los chciał jednak inaczej.
Poprzedniego wieczoru, kiedy czekałem w Christchurch na samolot do Brisbane dostałem telefon od e-sky.pl, gdzie zwykle rezerwowałem loty, że mój bilet z Australii na Bali nie został potwierdzony, więc tym samolotem nie będę mógł polecieć. Postanowiłem wtedy, że znajdę nowy lot będąc już w Australii. Brak potwierdzenia stanowił pewną trudność, ale także wywołał lekkie poczucie ulgi. Nikt, kogo o to pytałem, nie znał kanadyjskich linii charterowych Voyage Arilines, więc może lepiej, że nie dane mi było nimi lecieć.
Poszukiwanie nowego połączenia, którym mógłbym odlecieć na Bali jeszcze tego samego, a najpóźniej następnego dnia okazało się nie lada problemem. Połączenia, owszem, były, ale w cenach kilkakrotnie przekraczających mój budżet na ten lot. Przyczyna była prosta - w Australii trwał właśnie sezon urlopowy i najlepsze połączenia zostały zarezerwowane miesiące wcześniej. Najbliższy lot w rozsądnej cenie był dopiero za 6 dni. Wiedziałem zatem, że przynajmniej przez tydzień będę musiał zostać na tym kontynencie.
Konieczność zmiany planów nie zmartwiła mnie. W końcu nic na to nie mogłem poradzić, więc pozostało mi taki stan rzeczy zaakceptować i wyciągnąć z niego tak dużo pozytywów, jak to możliwe. Pozytyw z konieczności pozostania w Australii przez około tydzień był przynajmniej jeden i zupełnie oczywisty - będę miał czas, żeby ponurkować! Tak, miałem ominąć Australię, żeby oszczędzać pieniądze na dalszą podróż, ale to przecież los chciał, żebym tam został! A skoro już muszę zostać, to grzechem by było nie zobaczyć rafy z bliska. Przekonany, że to zrządzenie losu usprawiedliwia wydanie dodatkowych pieniędzy na kilka dni nurkowania, zarezerwowałem bilet na następny dzień do Cairns, najpopularniejszego miejsca nurkowego w Australii.
Poprzedniego wieczoru, kiedy czekałem w Christchurch na samolot do Brisbane dostałem telefon od e-sky.pl, gdzie zwykle rezerwowałem loty, że mój bilet z Australii na Bali nie został potwierdzony, więc tym samolotem nie będę mógł polecieć. Postanowiłem wtedy, że znajdę nowy lot będąc już w Australii. Brak potwierdzenia stanowił pewną trudność, ale także wywołał lekkie poczucie ulgi. Nikt, kogo o to pytałem, nie znał kanadyjskich linii charterowych Voyage Arilines, więc może lepiej, że nie dane mi było nimi lecieć.
Poszukiwanie nowego połączenia, którym mógłbym odlecieć na Bali jeszcze tego samego, a najpóźniej następnego dnia okazało się nie lada problemem. Połączenia, owszem, były, ale w cenach kilkakrotnie przekraczających mój budżet na ten lot. Przyczyna była prosta - w Australii trwał właśnie sezon urlopowy i najlepsze połączenia zostały zarezerwowane miesiące wcześniej. Najbliższy lot w rozsądnej cenie był dopiero za 6 dni. Wiedziałem zatem, że przynajmniej przez tydzień będę musiał zostać na tym kontynencie.
Konieczność zmiany planów nie zmartwiła mnie. W końcu nic na to nie mogłem poradzić, więc pozostało mi taki stan rzeczy zaakceptować i wyciągnąć z niego tak dużo pozytywów, jak to możliwe. Pozytyw z konieczności pozostania w Australii przez około tydzień był przynajmniej jeden i zupełnie oczywisty - będę miał czas, żeby ponurkować! Tak, miałem ominąć Australię, żeby oszczędzać pieniądze na dalszą podróż, ale to przecież los chciał, żebym tam został! A skoro już muszę zostać, to grzechem by było nie zobaczyć rafy z bliska. Przekonany, że to zrządzenie losu usprawiedliwia wydanie dodatkowych pieniędzy na kilka dni nurkowania, zarezerwowałem bilet na następny dzień do Cairns, najpopularniejszego miejsca nurkowego w Australii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)